Grand Press Foto 2011 Kraków

Oto stał się był chyba Drugi Cud nad Wisłą i przez chwilę „Galeria” - termin tak brutalnie parę lat temu wykradziony przez polską rzeczywistość handlową - w jednej swej maleńkiej części i jeszcze przez prawie trzy tygodnie będzie tym, czym powinna być w swej istocie. Otóż w miejscu, w jakim najmniej się tego można by było spodziewać, czyli w „Galerii” Handlowej, zwanej - o, zgrozo! - Galerią Kazimierz, znalazłam dziś schowaną pośród stoisk ze wszystkim, czego dusza zapragnie, fotograficzną wystawę! To wcale nie żart - wystawa już od ponad tygodnia tam sobie jest i to wcale niezgorsza.

Poziom prezentowanych na niej prac, w mojej skromnej ocenie, dość nierówny, ale mądrzy powiadają, że przy zbiorowych wystawach inaczej być nie może i prawdą najprawdziwszą jest, że przy paru fotografiach przystanęłam na dłużej. Jeśli więc ktoś dotrze do 28 października 2011 r. w to samo miejsce, będzie mógł zobaczyć - za darmo! - parę rzeczywiście interesujących prac. Piszę to oczywiście wiedziona własnymi odczuciami, ale przecież zobaczyć zawsze można, nawet gdybyśmy mieli wrócić rozczarowani – w końcu dobrze jest wiedzieć nie tylko dlaczego coś się nam podoba, ale i dlaczego nie.

Nie wszystkie fotografie zamieszczone na stronie internetowej Grand Press Foto, bo o tej imprezie tutaj mowa, znajdują się w „Galerii” przy ul. Podgórskiej 34 w Krakowie, ale większość na szczęście tak. Oprócz zdjęć nagrodzonych możemy oglądać tam również prace, które zakwalifikowały się do finału. Grand Press Foto, czyli Ogólnopolski Konkurs Fotografii Prasowej dla zawodowych fotoreporterów, organizuje miesięcznik „Press”, a nadsyłane prace są oceniane w pięciu kategoriach: Wydarzenia, Ludzie, Życie codzienne oraz Sport i Przyroda. Przewodniczącym jury jest zawsze laureat World Press Photo i w tegorocznej, siódmej już edycji GPF, był nim amerykański dziennikarz Lucian Perkins.

Oglądając prezentowane na wystawie fotografie, szczególną uwagę zwróciłam na jakże proste i jednocześnie bardzo głębokie w wymowie zdjęcie, przedstawiające bacę z Doliny Kościeliskiej ze swoimi owcami. Patrząc na to szczególne zdjęcie miałam nieodparte wrażenie, że właściwie widzę dwie fotografie.  Pierwsza z nich jest po prostu czarno-białym zdjęciem starego człowieka wypasającego od lat swoje owce - obrazem będącym z pozoru jedynie fotograficznym zapisem jednego z wielu zwykłych dni, które upływają mu na wykonywaniu tej pracy. Druga zaś w niesamowity sposób obnaża nam piękną duszę tego człowieka i miłość do świata, którym są w jego samotnym życiu otaczające go zwierzęta. Widoczna tak bardzo więź między pasterzem i jego owcami wręcz chwyta za serce…

Baca ze zdjęcia Andrzeja Banasia to Człowiek, który przeszedł bardzo długą drogę, to Człowiek, który już Wie…

Dla większości z nas, kochających wygody i luksus miejskiego życia, codzienny trud i taki styl życia w XXI wieku jest nie do pomyślenia, nawet jeśli darzymy tego człowieka i jego pracę należnym mu szacunkiem, w co nie wątpię. Jednak nad tym, dlaczego na jego zmęczonej, starej twarzy widać spokój i prawdziwe szczęście już niewielu chciałoby się zastanowić i przyznać, że jest to jednak możliwe…

Fotografia ta, choć wcale nie nagrodzona na podium, z pewnością może wydać się niektórym zbyt zwyczajna, niepozorna i w czasach galopującego postępu, niepokoju i ogólnego pośpiechu nie warta większej uwagi. Mnie ujęła jednak swoją wielką emocjonalnością i tak naprawdę ponadczasowym przekazem. Przekazem, który każdy we własnym sercu powinien rozpoznać sobie sam…

I chociaż mam świadomość, że w przypadku takich fotografii jak ta, niełatwo o obiektywizm, ponieważ zdjęcia o porównywalnie wielkim ładunku emocjonalnym każdy przepuszcza przez filtr własnych odczuć i przeżyć, to uparcie zadaję sobie pytanie: czy aby obiektywizm jest naprawdę tym, o co nam w tym przypadku chodzi? Wszak sztuka w swej istocie obiektywna nie jest i być nie może. Niemniej jednak, nie znając zakamarków dusz i serc potencjalnych odbiorców, warto zawsze znaleźć sposób, by zachęcić ich do zapoznania się z danym dziełem. Dla mnie była to najpiękniejsza i najważniejsza fotografia tej wystawy.

Polecam Państwu również bardzo reportaż Tomasza Gudzowatego z Meksyku, gdzie autor podglądał był żądnych wrażeń meksykańskich chłopców na ich szalejących maszynach. Efekt, jaki na prezentowanych fotografiach udało się uzyskać, jest naprawdę znakomity: nastrój, dynamika i rewelacyjne oddanie niepowtarzalnego i nielegalnego charakteru samochodowych wyścigów jawią się być rodem z filmów z końca lat sześćdziesiątych. Prawdziwa fotograficzna uczta.

Mijając następne prace nie sposób nie zauważyć przejmującej fotografii starszej kobiety, która straciła wszystko podczas powodzi… Widziałam już mnóstwo zdjęć zrozpaczonych ludzi - dzisiejszy świat niestety karmi się ludzkim nieszczęściem - ale to zdjęcie jest dla mnie w pewien sposób wyjątkowe. Głównie ze względu na postać samej bohaterki, która przeżywa swój życiowy dramat w godnej, skrytej i cichej samotności, co twórcy tego cyklu udało się nie tylko znakomicie dostrzec, ale i uchwycić okiem obiektywu. W przypadku tej pojedynczej fotografii, będącej częścią reportażu o powodzi w Wilkowie, mamy do czynienia już nie z anonimowym człowiekiem, którego anonimowość przy okazji poruszania tego rodzaju tematyki zwykle potęgowana jest poprzez ukazywanie go na tle pogrążonego w podobnym nieszczęściu tłumu, a z konkretną, starszą kobietą, której patrzymy prosto w smutne oczy i wchodząc z nią tym samym w pewną relację, przestajemy być jedynie biernymi, stojącymi z boku obserwatorami. Zupełnie niepostrzeżenie uruchamiamy pokłady własnej empatii, zaczynamy dzielić z nią jej trudny los i odczuwamy prawdziwą potrzebę niemalże natychmiastowego uczynienia choćby najmniejszego ciepłego gestu w jej stronę, bez nadmiaru zaszczytnych akcji i zbędnych słów…

Wszak milczenie często jest wymowniejsze od tysiąca słów… To zdjęcie z pewnością nie jest „przegadane” i w tym właśnie tkwi cała tajemnica siły jego przekazu. Wszechobecne epatowanie nieszczęściem i przemocą, które od przynajmniej kilku lat obserwujemy zwłaszcza w fotografii prasowej, zamiast uwrażliwiać na krzywdę, w dawkach fundowanych nam przez media powoduje raczej efekt odwrotny od zamierzonego – miejsce współczucia i altruizmu zajmuje najczęściej zniechęcenie i zobojętnienie.

Podobne refleksje pojawiają się przy okazji innego zdjęcia z tego samego cyklu, przedstawiającego psa uwięzionego podczas powodzi na dachu domu. To nie przesada, że w oczach każdego stworzenia żyjącego na naszej ziemi maluje się dosłownie wszystko… Zdjęcia te w moim odbiorze noszą na sobie ślady mocnej ingerencji Photoshop’a, pomimo to jednak nie sposób odmówić im prawa głosu, szczególnie gdy zaczynają w sposób niezwykle przejmujący przemawiać do naszej wrażliwości…

Interesujący dla niektórych odbiorców z pewnością wydać się może, choć pewnie trąci mocno National Geographic, reportaż o plemieniu żyjącym w pobliżu Filipin – przy czym w pobliżu nie znaczy, że na sąsiadującym z wyspami lądzie. Chodzi raczej o bardziej dosłowne „pobliże” - członkowie owego plemienia, ludzie – ryby, żyją i budują swoje domostwa na wodzie nie tylko dlatego, że stanowią społeczność bez swojej ziemi, ale również dlatego, że na stałym lądzie cierpią na zawroty głowy… Osobiście brak mi w tych zdjęciach jakiejś większej emocji, czegoś szczególnego, co poza ciekawostką antropologiczno - przyrodniczą opowiedziałoby o życiu tamtych ludzi. Fotografie te niewątpliwie są dobre, ale mam wrażenie, że mogłyby być zrobione wszędzie, a przecież autor dotarł do miejsca innego niż wszystkie. I może z wyjątkiem jednego obrazu, na którym widzimy wnuka z dziadkiem i który można uznać za próbę wniknięcia w duszę tamtego egzotycznego terenu i jego mieszkańców, brakuje mi w tych fotografiach mgiełki wyjątkowości i niepowtarzalności.

GPF 2011 nie stroni również od komicznych akcentów – pośród wielu poważnych fotografii znajdziemy też zdjęcie małego psa łapiącego z istnym szaleństwem w oczach freesby. Tej niewątpliwie sympatycznej fotografii przyznano – uwaga - trzecie miejsce w kategorii… Sport J.

Wspomniałam na początku, iż głównym jurorem każdego GPF jest zawsze laureat największego światowego konkursu fotografii prasowej World Press Foto, stąd pośród nagrodzonych i wyróżnionych prac możemy podziwiać w tym roku fotografie Luciana Perkinsa, wielokrotnie nagradzanego reportera Washington Post. W Krakowie zobaczyć można jego fotografie z Czeczenii, w tym przejmujące zdjęcie chłopca w autobusie do Groznego, które w 2006 r. wygrało World Press Photo (które nota bene od paru dni również gości w Bunkrze Sztuki Krakowie, i które dla przyzwoitości należałoby pewnie wkrótce też odwiedzić).

Poza licznymi fotoreportażami wśród nagrodzonych prac znalazły się również zdjęcia pojedyncze - szczególnej uwadze polecam portret słynnego polskiego poety i satyryka, Ludwika Jerzego Kerna, który zrobiony został artyście na krótko przed jego śmiercią – proszę tylko spojrzeć na jego oczy…

Reportaże o dzielnej matce, o chorych dzieciach, o polskiej powodzi i o legendarnej już krzyża obronie nie będą zapewne dla nikogo jakimś rzucającym na kolana przeżyciem, ale nawet tutaj parę pojedynczych fotografii wartych jest tego, aby zatrzymać się przy nich nieco dłużej. Celowo o nich już bardziej nie wspominam, ponieważ nie zostawiając przynajmniej odrobiny niedopowiedzenia, mogłabym ostudzić zapał niektórych do odwiedzenia tej wystawy i tym samym pozbawić ich szansy odnalezienia czegoś, co mocno i głęboko przemówiłoby do nich – a czyż nie na takim właśnie poruszeniu naszego wnętrza dobrej fotografii powinno zależeć? Pozwolę sobie jeszcze tylko wyrazić żal, że na krakowskiej wystawie zabrakło zdjęć o codzienności współczesnych sumotori – ten reportaż na stronie GPF 2011 zapowiadał się naprawdę bardzo ciekawie.

Mam nadzieję, że wprawdzie nieobiektywnie, ale jednak przybliżyłam Państwu nieco fotografie z tegorocznej edycji Grand Press Foto, prezentowane w Galerii Kazimierz w Krakowie (przez okres trwania wystawy używam tej nieszczęsnej nazwy już z nieco większym spokojem). Myślę, że teraz nadszedł czas, by każdy własną opinię na ich temat wyrobił sobie sam i nie zwlekając dłużej wybrał się na jesienny spacer w stronę Wisły.

 

Dominika Dzierżymirska-Podpłomyk
Akademia Athanor